„Marionetka” Weronika Stachowiak ♥♡ Rozdział 2 ♡♥

Rozdział 2

Otworzyłam oczy. Leżałam twarzą w kierunku ściany, ale z głową po drugiej stronie łóżka oraz z kołdrą wywaloną na podłogę. Nic dziwnego, że moje posłanie przypominało pole bitwy, skoro całą noc się wierciłam, mając niespokojne sny. Westchnęłam przeciągle i sięgnęłam po komórkę leżącą na stoliczku nocnym. Nacisnęłam przycisk. Po krótkiej chwili, która trwała jedno uderzenie serca, na wyświetlaczu zobaczyłam śmiejące się dziewczyny – siebie i Rose. Telefon wskazywał godzinę 5:27, co oznaczało, że mogłabym pospać jeszcze półtorej godziny. Z westchnieniem upadłam na poduszkę. Ponownie wcisnęłam przycisk i odblokowałam ekran. Weszłam w galerię i zaczęłam przeglądać zdjęcia. Było ich mnóstwo.
– Tyle wspaniałych wspomnień. – zaśmiałam się w duchu ze łzami w oczach, przewijając kolejne zdjęcie.
Cała pamięć telefonu była przepełniona fotkami osób, które były dla mnie najważniejsze, a teraz albo one odeszły ode mnie, albo ja odeszłam od nich. Niespodziewanie na ekranie pojawiły się twarze moich rodziców. Uwielbiałam to zdjęcie, mimo iż miało już osiemnaście lat. Właśnie takich ich zapamiętałam – roześmianych i kochających się pond życie. Przyłożyłam telefon do serca i zapłakałam cicho.

***

Obudził mnie dziwny dźwięk, jakby ktoś walił łyżeczką o kubek. Zdziwiona usiadłam na łóżku i z głupkowatą miną spojrzałam na Beth. Siedziała na blacie swojego biurka, z nogą założoną na nogę i stukała łyżką o pustą miskę.
-Dzień dobry panienko Elisabeth. – powiedziała dziwnie wysokim głosem. – Pora wstawać. – dodała jeszcze, po czym szeroko się uśmiechnęła.
Wybuchnęłam histerycznym śmiechem, prawie spadając z łóżka. Beth udawała obrażoną – wstała z biurka, po czym uniosła wysoko podbródek i prychnęłam pod nosem. Po chwili rzuciła we mnie poduszką i roześmiałyśmy się razem. Kiedy trochę się uspokoiłyśmy i skończyłyśmy bitwę na poduszki oraz zawijanie siebie nawzajem w kołdrę, udając przy tym naleśniki, zapytałam:
-Beth, powiedz mi, skąd wytrzasnęłaś te naczynia? – wskazałam stertę na jej biurku.
Moja współlokatorka trochę spoważniała, po czym ze wstydem w głosie odparła:
-Byłam głodna…
-To kuchnia jest w nocy otwarta? – zapytałam, robiąc wielkie oczy.
-Nie kuchnia, tylko jadalnia. – sprostowała, podnosząc się z dywanu i układając poduszki na miejsce. – Mają całodobowy bufet szwedzki, a wiesz przecież, że ubóstwiam musli!
Roześmiałam się.
-To nadal nie wyjaśnia faktu, dlaczego obudziłaś mnie w ten sposób.
W ramach odpowiedzi zrobiła głupią minę i odłożyła ostatnią poduszkę na łóżko.
-Dobra, która pierwsza idzie pod prysznic? Może zagramy w… – ucięłam w połowie zdania, ponieważ moja przyjaciółka pobiegła w stronę drzwi do łazienki, z mundurkiem i kosmetyczką pod pachą i odparła rozbawionym tonem:
-Kto pierwszy ten lepszy, kumpelo. – po czym z uśmiechem zamknęła drzwi.
Rzuciłam się na łóżko z westchnieniem. Miałam zamiar zagrać z nią w „kamień, papier, nożyce”, by ustalić, która z nas może pójść kąpać się pierwsza. Byłam pewna wygranej. Nie wiadomo dlaczego, prawie zawsze umiałam przewidzieć ruch przeciwnika. Zresztą byłam ciekawa, czy Beth będzie godnym rywalem.
Leżałam jeszcze chwilę, po czym wstałam i podeszłam do okna. Lekko je uchyliłam i wyjrzałam na zewnątrz. Uderzyło mnie chłodne, wczesnojesienne powietrze. Nasz pokój był usytuowany na drugim piętrze, z widokiem na las i na drogę usypaną z drobnych kamyków, prowadzącą do bramy. Drzewa, które rosły na posesji Akademii, były bardzo wysokie, a więc równie stare jak sama szkoła. Nie dało się dostrzec niczego, oprócz gałęzi kołyszących się na wietrze oraz ptaszków siedzących w gniazdach. Przypomniałam sobie hałas, który słyszałam wczoraj w nocy. Brzmiał, jakby ktoś skrobał paznokciami o szybę.
-Czy byłoby to możliwe? – przeleciało mi przez myśl.
Przechyliłam się do przodu tak, by widzieć mur budynku. Nie był w ogóle zniszczony – lśnił nowością. Od razu zauważyłam ceglaną półkę, dość szeroką, by na niej postawić stopy. Biegła zarówno w prawo, jak i w lewo, pod oknami innych pokoi. Ze zdziwieniem uniosłam brwi.
-Czy naprawdę ktoś wczoraj skrobał w nasze okno? – myślałam gorączkowo, przekręcając klamkę. – Jeśli tak, to co to lub kto to był i czego od nas chciał?
Niestety nie umiałam odpowiedzieć na żadne z tych pytań. Z rezygnacją wzięłam się za pościelenie łóżka. Kiedy skończyłam, usłyszałam dźwięk przekręcanego zamka. Po chwili drzwi się otworzyły i ukazała się w nich Beth, z turbanem z ręcznika na głowie, owiana pięknym zapachem żelu do kąpieli. Uśmiechnęłyśmy się do siebie, po czym wzięłam wszystkie potrzebne rzeczy i udałam się pod prysznic.
Kiedy skończyłam, zgasiłam światło i wyszłam z łazienki. Skierowałam się w stronę toaletki, przy której usiadłam. Z lustra patrzyła na mnie twarz dziewczyny z podkrążonymi oczami i kilkoma wypryskami na czole. Mimo to uśmiechnęłam się do swojego odbicia i zabrałam za makijaż. Nakładając krem tonujący i puder, cały czas myślałam o wczorajszym hałasie, przypominając sobie każdy szczegół. Nie dawało mi to spokoju.
-Masz piękne włosy, Eli. – pochwaliła Beth, stając za krzesłem, na którym siedziałam. Nasze spojrzenia spotkały się w lustrze, przy czym uśmiechnęłyśmy się do siebie szeroko.
Beth, z tego co zauważyłam, nie czesała się w nic innego – uwielbiała swój francuski warkocz. Na powiece namalowała kreski, a rzęsy lekko podkreśliła maskarą. Musnęła również policzki delikatnym różem, który dodał kolorów jej bladej cerze. Wyglądała naprawdę pięknie.
-Mogę cię uczesać? – spytała po chwili, przeczesując palcami moje niby loki.
-Oczywiście. – odparłam, podając jej szczotkę. – Ostrzegam jednak, że trudno je poskromić. – dodałam ze śmiechem.
Po pewnym czasie usłyszałyśmy pukanie do drzwi, które otworzyły się niemalże od razu.
-… właśnie dlatego rekiny ludojady podczas ataku na ofiarę, sprawiają wrażenie ślepych. – dotarł do moich uszu piskliwy głos Stana.
-Teraz już rozumiem. – odparł zamyślonym głosem Lewis, zamykając drzwi.
-A co wy dzisiaj tak szybo, chłopaki? – spytała Beth, będąc w połowie plecenia mojego warkocza.
-Nie chcieliśmy powtórki ze wczorajszej rozrywki. – zaśmiał się Lewis, po czym rzucił się na moje łóżko. – Ale z tego co widzę, nasza pomoc jest zbędna.
Stan natomiast burknął szybkie „cześć” na powitanie po czym, co było oczywiste, chciał być jak najbliżej drzwi, dlatego odsunął naczynia i przysiadł na blacie biurka Beth, spoglądając co chwilę na swój zegarek.
Siedzieliśmy parę minut w milczeniu, pochłonięci swoimi myślami. Moje oczywiście pobiegły w stronę wczorajszej nocy. Męczyły mnie ta niewiedza i niepewność. Wtedy niespodziewanie usłyszałam muzykę i uśmiechnęłam się zadowolona. Dawno nie słyszałam tej piosenki, a była to jedna z moich ulubionych.
-Will. i. am.? – spytałam.
-No pewnie, że Will. – odparł Lewis, robiąc głośniej i posyłając mi szeroki uśmiech. – Uwielbiam go. – krzyknął, po czym zaczął tańczyć na środku pokoju. Wszyscy się zaśmialiśmy. Ku mojemu zdziwieniu, po chwili wahania, dołączył do niego Stan. Obaj byli naprawdę dobrymi tancerzami.
-Teraz już rozumiem, dlaczego się ze sobą dogadują. – pomyślałam.
Beth na początku drugiej piosenki skończyła pleść warkocz, zawiązując go gumką na końcu, po czym odsunęła się z pytająca miną wyrysowaną na twarzy.
-Jest pięknie, dzięki wielkie. I nawet mi pasuje. – powiedziałam, przyglądając się fryzurze z zadowoleniem. Moja kumpela słysząc to szeroko się uśmiechnęła, pokazując równiutkie i białe zęby.
-Wyglądacie teraz jak siostry. – stwierdził Stan, próbując przekrzyczeć muzykę, machając przy tym rękoma na wszystkie strony. Lewis tylko postawił kciuk do góry, na znak, że wyglądamy świetnie i dalej wykonywał skomplikowane figury taneczne.
Faktycznie wyglądałyśmy bardzo podobnie w mundurkach i identycznych fryzurach. Na znak, że nam to nie przeszkadza, złapałyśmy się pod ręce i otworzyłyśmy drzwi na korytarz, czekając na Stana i Lewisa. Po paru sekundach piosenka się skończyła, a oni znieruchomieli, oddychając szybciej i głośniej niż zazwyczaj. Zaczęłam klaskać, a Beth zagwizdała. Chłopacy z uśmiechem się ukłonili i ruszyliśmy korytarzem, po uprzednim zamknięciu drzwi.
Im bliżej byliśmy parteru, tym zapachy stawały się coraz bardziej wyczuwalne i smakowite. Zaburczało mi w brzuchu. Poczułam też lekki stres – znowu miałam ujrzeć Chrisa. Przez chwilę rozważałam pomysł spóźnienia się na posiłek, ale było to zbyt ryzykowne, przyznam jednak, że niezwykle kuszące.
Weszliśmy do jadalni i skierowaliśmy się do naszego stolika. Lewis nas wyprzedził, po czym odsunął krzesło dla Beth. Gdy usiadła, pognał na drugą stronę i to samo uczynił ze mną. Stan przyglądał się wszystkiemu ze zdziwieniem, ale już po chwili przybrał swoja bezinteresowną minę. W ogóle nie przypominał tamtego tańczącego chłopaka, wywijającego nogami i rękoma. Wymieniłam spojrzenie z Beth, nic nie rozumiejąc. Ona także nie miała pojęcia o co chodzi – ruszyła tylko ramionami i nalała sobie kawy. Zrobiłam to samo, dodając mleko oraz kostkę cukru i wszystko dokładnie wymieszałam. Właśnie zastanawiałam się co zjeść, kiedy do moich uszu dotarła poważna, uspokajająca muzyka. Wszystkie głosy i śmiechy ucichły.
Po kilku sekundach do jadalni wkroczył Chris, który stał – tak jak poprzednio, na czele pochodu. Wpatrywałam się w niego, nie mogąc oderwać oczu. Tak samo jak poprzedniego dnia, postawił na spodnie z krokiem, ale zamiast bezrękawnika ubrał cienki sweter z rękawem za łokieć, który opinał jego tors. Westchnęłam.
-Dzisiaj jest jeszcze bardziej przystojny, ale czy to było w ogóle możliwe? Ciekawy czy się na mnie spojrzy? Czy dobrze wyglądam? – moje myśli zaczęły wirować jak szalone.
-Halo, ziemia do Elisabeth. – powiedział Lewis i pomachał mi dłonią przed twarzą, po czym – jak to on – zaśmiał się.
-Zajmij się lepiej omletem. – fuknęłam na niego, a on w ramach odpowiedzi pogroził mi widelcem, z szerokim uśmiechem na twarzy. Mimowolnie się zaśmiałam.
Czarni właśnie zasiedli do stołu, po ówczesnym nieznacznym ukłonie w stronę swojej Mentorki. Odwróciłam od nich wzrok i spojrzałam na Beth – miała smutny wyraz twarzy i merdała jedynie łyżką w swojej misce. Chyba wyczuła, że na nią spoglądam, ponieważ spojrzała się na mnie ze sztucznym uśmiechem na ustach.
-Co jest? – wyszeptałam bezgłośnie.
Pokręciła jedynie głową i zabrała się za swoje musli.
-Pogadam z nią o tym później. – obiecałam sobie, nakładając naleśniki na talerz. Pachniały cudownie, a smakowały jeszcze lepiej. Były lekko zarumienione z twarogiem i sosem czekoladowym – tak jak lubię najbardziej.
Kiedy wszyscy skończyli jeść, podniosłam się z krzesła, z zamiarem pójścia do pokoju i przygotowania się na pierwszą lekcję. Niespodziewane, szybkie pociągnięcie Lewisa za moją bluzkę posadziło mnie z powrotem na krzesło.
-Odbiło ci? – wrzasnęłam na niego, ale trochę za głośno, ponieważ osoby siedzące bliżej nas odwróciły się z zaciekawieniem. Nie przejmowałam się tym w ogóle. Wbiłam jedynie wściekle spojrzenia w kolegę i czekałam na rozsądne wyjaśnienie.
-Nie krzycz, tylko posłuchaj.– syknął w ramach odpowiedzi. –Nie wolno nam wychodzić przed Czarnymi. Takie są zasady. – spojrzał mi prosto w oczy. Poczułam się niedoinformowana.
-Nie wspominałaś nic o tym, Beth. – zwróciłam się do przyjaciółki ze zdziwieniem, starając się, by w moim głosie nie było słychać nuty wściekłości.
-To są niepisane zasady, Eli. – odparła, otrzepując okruchy z bluzki – Tak się po prostu przyjęło.
Nic nie odpowiedziałam, pokiwałam jedynie głową na znak, że przyjęłam do wiadomości. Przy naszym stoliku zapadła niezręczna, głucha cisza. Po kilkudziesięciu sekundach popchnęłam lekko Lewisa, który siedział naburmuszony. W ramach odpowiedzi oddał mi tym samym i się zaśmiał. Po chwili już się rozkręcił i podjął opowieść o wczorajszym meczu, który został wygrany przez jego drużynę i jak to właśnie jemu udało się strzelić zwycięską bramkę. Gdy skończył, Beth trochę się rozchmurzyła i opowiedziała, co jej się śniło. Był to niezwykły sen – o gadających zwierzętach i latających ludziach. Wszyscy słuchaliśmy z rozbawieniem. Podczas jej opowieści, Czarni niespodziewanie wstali, oczywiście wszyscy razem i ustawili się w szereg. Kiwnęli w ramach pozdrowienia w kierunku swojej Mentorki i ruszyli do wyjścia. Kiedy opuścili jadalnię, pozostali uczniowie również wstali, zasuwając za sobą krzesła. Tylko kilkoro z nich zostało, kończąc swój posiłek i głośno rozmawiając ze sobą.
-Nie zaszczycił mnie ani jednym spojrzeniem. – przemknęło mi przez myśl. – Ani jednym. – podparłam ręką brodę, udając, że słucham opowieści o człowieku o dwóch głowach, o którym z żwawą gestykulacją opowiadał Stan. Tak naprawdę starałam się przekonać samą siebie, że Chris nie jest warty mojego zachodu i czasu. Kiedy skończył, z ulgą oderwałam myśli od przystojnego chłopaka i obie razem z Beth pomknęłyśmy czym prędzej w stronę naszego pokoju po potrzebne książki, rzucając szybkie „do zobaczenia” chłopakom. Właśnie czekała mnie pierwsza lekcja w Akademii Amber.
-Ciekawe czy będę musiała kroić żabę… – pomyślałam z rozpaczą, biegnąc przez oszklony korytarz.

***

Dzisiejszy wykład o świecie bakterii i wirusów był najciekawszym wykładem, jakikolwiek słyszałam. Wszyscy uczniowie – łącznie ze mną i Beth – słuchali nauczyciela, chłonąc każde słowo. Pan Brown opowiadał o mikroskopijnym świecie z niesamowitą pasją i zaangażowaniem. Od zawsze uwielbiałam biologię, ale teraz poczułam się nią dogłębnie zauroczona. Zrobiłam parę stron porządnych notatek, ale moja współlokatorka nie zapisała ani jednej. Zauważyłam, że całą lekcję siedziała, podpierając brodę ręką i maślanymi oczami wpatrywała się w nauczyciela. Fakt, był przystojny – jak na faceta po trzydziestce oczywiście, ale dla mnie nadal pozostawał jedynie profesorem wykładającym biologię i nie rozumiałam jej zachowania.
-W sumie to jej sprawa. – stwierdziłam, zapisując kolejne pojęcie w zeszycie.
Kiedy niespodziewanie zadzwonił dzwonek, oznaczający koniec lekcji, ledwo mogła wyprostować palce swojej dłoni – oduczyłam się robić notatki ze względu na moja poprzednią szkołę. Tamci nauczyciele uważali, że wiedzę mamy czerpać z książek, a oni są jedynie po to, by nas oceniać. Tutaj, oprócz podręczników, kluczową wiedzę posiadali wykładowcy. Bynajmniej taką miałam nadzieję po pierwszej lekcji w Akademii. Kończyłam właśnie pisać ostatnie zdanie w notatniku, kiedy niespodziewanie usłyszałam:
-Ty jesteś leworęczna. – stwierdziła moja przyjaciółka, robiąc wielkie, rybie oczy ze zdziwienia.
-A ty jesteś niezwykle spostrzegawcza. – zaśmiałam się, a ona lekko uderzyła mnie w ramię.
-Nie śmiej się. – odparła. – Nigdy nie znałam nikogo leworęcznego. To takie niesamowite. – szepnęła.
-Masz rację! – krzyknęłam z udawanym przejęciem. – To takie niezwykłe. – powiedziałam, udając głos Beth, co wyszło mi naprawdę zabawnie.
-Ej, ja wcale tak nie mówię. – zaśmiała się, a ja jej zawtórowałam.
-Co teraz masz? – spytałam po chwili, zauważając, że zostałyśmy same w klasie.
-Hm, niech tylko spojrzę. – odparła i wyjęła zgiętą na pół kartkę z tylnej kieszeni spodni – Matmę. – dodała po chwili.
-Ja mam fizykę w 24. – przeczytałam ze swojej kartki. – Jak mam tam dojść?
Beth po chwili wahania odpowiedziała:
– Idziesz w prawo, potem korytarzem prosto, mijasz wielkie, kolorowe drzwi po lewej stronie, które prowadzą do pracowni artystycznej i sala od fizyki powinna być po prawej stronie. – wytłumaczyła.
-Dobra, dzięki Beth. – odpowiedziałam, podnosząc się z krzesła. – Do zobaczenia w pokoju.
-Do zobaczenia. – rzuciła z uśmiechem, po czym wyszła, znikając mi z oczu.
Szłam zgodnie ze wskazówkami, jakie dała mi moja przyjaciółka. Mijając kolorowe drzwi, zaczęłam wypatrywać numerów sal lekcyjnych po prawej stronie: 18, 20, 22 i w końcu 24. Wzięłam głęboki oddech, po czym nacisnęłam klamkę. Jednak drzwi nadal pozostały zamknięte.
-Co jest? – warknęłam w ich stronę, pociągając jeszcze mocniej.
Szarpałabym się z nimi dłużej, ale usłyszałam za sobą cichy śmiech. Odwróciłam się zdziwiona. Po drugiej stronie korytarza stał chłopak, na oko trochę starszy ode mnie, który opierał się o ścianę plecami z szeroko rozstawionymi nogami i z rękoma w kieszeni. Miał dłuższe, brązowe włosy, które spiął w niewielki kucyk z tyłu głowy, błękitne oczy i mały kolczyk pod ustami. Ubrany był w mundurek Akademii, ale jego koszula była rozpięta do połowy, ukazując część umięśnionego torsu. Był niezwykle przystojny, ale w zupełnie w inny sposób niż Chris. Sprawiał wrażenie niegrzecznego i szalonego, a Christopher był jak chłopak z bogatego domu – idealny i czarujący.
-Czego się śmiejesz? – warknęłam w jego stronę – Lepiej byś zrobił, gdybyś mi pomógł. – fuknęłam, poprawiając włosy, które opadły mi na twarz.
-Oj Księżniczko. – odparł – Nie mogłem się powstrzymać. Wyglądałaś niezwykle zabawnie. – dodał, podchodząc w moją stronę z czarującym uśmiechem na ustach.
Zatrzymał się krok ode mnie. Był tak blisko, że poczułam zapach jego wody po goleniu – typowo męski, ale delikatny w porównaniu do większości męskich kosmetyków, których woń drażniła mi nos.
-Jesteś nowa, prawda? – zapytał, przyglądając się mojej twarzy.
-Może. – odparłam, udając znudzoną – Szukam sali numer 24, za chwilę mam fizykę. Zamiast gadać, mógłbyś mi pokazać, gdzie przeniesiono lekcje.
Ku mojemu zdziwieniu, mój rozmówca ponownie się roześmiał.
-Sama sobie poradzę. – prychnęłam w jego stronę i ruszyłam dalej w głąb korytarza.
Niespodziewanie złapał mnie za nadgarstek, nie pozwalając mi się ruszyć ani o krok dalej. Spojrzałam ze zdziwieniem w jego niebieskie oczy. Dopiero teraz, gdy staliśmy tak blisko obok siebie, dostrzegłam, że obwódkę mają szarą, a środek intensywnie błękitny. Miały w sobie coś takiego, że można było w nie patrzeć i patrzeć.
-Spójrz Księżniczko. – powiedział z nadal słyszalnym rozbawieniem w głosie. – Wejście znajduje się tutaj. – wskazał drzwi po prawej stronie, kilka kroków przed nami.
-Dzięki. – odpowiedziałam szybko i ruszyłam w stronę wejścia, które wskazał.
Nie oglądając się za siebie, nacisnęłam klamkę – drzwi otworzyły się bez najmniejszego oporu, po czym weszłam do sali, zamykając je za sobą.
-Co za gość. – pomyślałam z irytacją.
Rozejrzałam się dokoła. Pomieszczenie było naprawdę duże – na środku stały pojedyncze ławki, w których siedziało już paru uczniów. Przy ścianach stały drewniane regały, których półki aż uginały się pod ciężarem postawionego na nich sprzętu. Po prawej stronie zauważyłam lekko uchylone drzwi, które prowadziły do innego pomieszczenia, pewnie do tego, do którego próbowałam wejść. Po lewej stronie stało ogromnych rozmiarów biurko, a za nim na ścianie wisiała tablica.
Kiedy weszłam, nauczyciel, który właśnie pisał coś na komputerze, wstał z krzesła i z nieznacznym uśmiechem na twarzy, podszedł w moim kierunku.
-Witam, jestem profesor White. – przedstawił się, podając mi rękę, którą uścisnęłam.
-Dzień dobry. – odparłam. – Moje nazwisko Cooker. Elisabeth Cooker.
-Ah tak. Jesteś nową uczennicą, prawda?
-Zgadza się. – odpowiedziałam z miłym uśmiechem.
Nauczyciel podszedł ponownie do biurka i chwilę czegoś szukał w jego szufladzie. Po kilkunastu sekundach wyjął kilka kartek papieru i spiął je spinaczem, po czym ponownie ruszył w moją stronę.
-Proszę. – powiedział, podając kartki. – Oto krótki test weryfikujący twoją wiedzę. Usiądź proszę w jednej z tylnych ławek i zrób go najlepiej jak potrafisz. Nie będziesz za niego oceniana. Kiedy skończysz, zostaw pracę na blacie stołu i możesz spokojnie wracać do pokoju, by przygotować się do kolejnej lekcji.
– Dobrze, dziękuję. – odpowiedziałam zmartwiona i ruszyłam, by zająć miejsce we wskazanej ławce.
Kiedy usiadłam, zadzwonił dzwonek, oznaczający początek kolejnej lekcji. Otworzyłam pierwszą stronę i przeczytałam pytanie.
-Nie znam odpowiedzi. – pomyślałam zmartwiona.
Fizyka była najgorszym przedmiotem ze wszystkich możliwych. Nie miałam głowy, by zapamiętać te wszystkie wzory, definicje, stałe. Było ich po prostu za dużo. Oparłam brodę na dłoni, pozwalając by moje myśli uleciały w kierunku tajemniczego nieznajomego. Sprawiał wrażenie zbyt pewnego siebie i śmiał się ze wszystkiego, co mówiłam, bądź robiłam. Irytował mnie i denerwował. Teraz jednak czekało mnie rozwiązywanie zadań, do których z niechęcią się zabrałam, zapominając całkowicie o chłopaku z kolczykiem.
Po trzydziestu minutach miałam zrobione już wszystkie ćwiczenia otwarte. Pozostałe zadanie zostawiłam nierozwiązane, pamiętając że i tak nie będę za nie oceniana i ruszyłam do wyjścia, po drodze żegnając się z nauczycielem kiwnięciem głowy, nie chcąc przerywać mu wywodu.
Wyszłam z sali, z nadzieją zobaczenia tajemniczego chłopaka. Niestety nie zastałam go za drzwiami, co było w sumie logiczne.
-Na pewno siedzi teraz na lekcjach. – stwierdziłam, czując rozczarowanie. – Miałam ochotę powiedzieć mu co myślę o jego zachowaniu. – tłumaczyłam sobie.
Powoli ruszyłam w kierunku schodów. Czasami, kiedy mijałam jakieś drzwi, słyszałam głosy nauczycieli, którzy tłumaczyli coś z zapałem. Ustałam na chwilę pod klasą pana Browna, od biologii, ale niestety nie dochodziły stamtąd żadne dźwięki. Zeszłam schodami na sam dół, po czym weszłam do szklanego korytarza. Na dworze panowała nieprzyjemna pogoda. Niebo było zachmurzone, a słońce właśnie skryło się za ogromną chmurą.
-Pewnie będzie padać. – przemknęło mi przez myśl.
Krajobrazy, po obu stronach szklanej ściany, różniły się od siebie niesamowicie. Patrzyłam chwilę zamyślona na spokojne, lekko kiwające się na wietrze drzewa leśne, a potem na tarmoszone przez wiatr drzewa owocowe w sadzie.
Po chwili ruszyłam dalej korytarzem, wchodząc do internatu płci damskiej. Wspięłam się po schodach na drugie piętro i skierowałam się do znajomego pokoju numer 122. Korytarze były puste i tak ciche, że kroki, które stawiałam, odbijały się echem od pustych ścian.
Wprowadziłam czterocyfrowy kod, usłyszałam znajome pyknięcie, po czym weszłam do środka. Od razu buchnęło we mnie nieprzyjemne, zimne powietrze.
-Co jest?! – krzyknęłam zdziwiona.
Zauważyłam otwarte na oścież okno. Szybko do niego podbiegłam i je zamknęłam. Zdezorientowana rozejrzałam się po pokoju. Kilka kartek z mojego biurka wylądowało na podłodze, ale poza tym wszystko wyglądało tak samo jak wtedy, gdy opuszczałyśmy pomieszczenie. Położyłam książki i notatki na blat, po czym zaczęłam podnosić porozrzucane papiery.
-Jestem pewna, że okno było zamknięte przed naszym wyjściem. – myślałam gorączkowo.
Podeszłam do biurka i ułożyłam równiutki stosik, który tym razem włożyłam do szuflady. Wyjrzałam nieznacznie przez okno, kuszona impulsem.
-Cco? – wybąkałam do siebie zdziwiona.
Przed szkołą stał samochód – identyczny jak ten, którym przyjechałam wczoraj. Obok niego, przy otwartych drzwiach auta, stał chłopak wraz z dziewczyną, przytulając się nieznacznie. Po chwili odsunęli się od siebie, ściskając za ręce, po czym chłopak usiadł na przednim siedzeniu, obok kierowcy i zatrzasnął drzwi. Pomachali do siebie, a samochód ruszył podjazdem usypanym z drobnych kamyczków, w kierunku wyjazdu ze szkoły. Dziewczyna stała jeszcze chwilę. Po chwili odwróciła się tyłem do podjazdu i uniosła głowę do góry. Przerażona i z bijącym sercem kucnęłam na podłodze, chowając się przed jej wzrokiem.
-Mój boże.- wyszeptałam- Czy ona naprawdę spojrzała się na mnie? – zaskoczona i z wciąż dudniącym sercem zastanawiałam się w duchu.
Po chwili wyjrzałam ponownie. Na szczęście dziewczyna zniknęła. Odsunęłam się od okna i przysiadłam zamyślona na blacie biurka. Sprawa była naprawdę dziwna. Beth wspominała, że nikt nie może opuszczać budynku Akademii w tygodniu. Istnieje taka możliwość jedynie w piątki wieczorem oraz w weekendy i to tylko w specjalnym, szkolnym autobusie. A dzisiaj był wtorek, zresztą trwały lekcje.
-Fakt faktem, że ten chłopak był jednym z Czarnych, a może ich obowiązywały inne zasady niż nas. – myślałam na głos. – Jednak dlaczego opuszczał szkołę właśnie teraz? Jaki miał ku temu powód?
Usłyszałam dzwonek, który obwieszczał początek przerwy.
-Akademia Amber skrywa jakąś dziwną tajemnicę. – myślałam. – Niejednoznaczne hałasy w środku nocy, okna które same się otwierają, dziwna szkolna organizacja, która nie stosuje się do regulaminu i nawet nie uczęszcza na lekcje. To wszystko nie trzymało się kupy.
-Co tu się wyprawia? – spytałam nie wiadomo kogo.
Jakby w ramach odpowiedzi usłyszałam dźwięk wklepywanego kodu, po czym drzwi naszego pokoju otworzyły się i ujrzałam Beth.
-Siema, co tam? – rzuciła na powitanie, kładąc książki na swoje biurko. – Brr, jak tu zimno. Otwierałaś okno? Jest tylko 12 stopni na dworze i zaraz będzie padać. – powiedziała, zamykając drzwi od łazienki i przekręcając zamek.
-Kto był w naszym pokoju i czego tutaj szukał? – wymamrotałam we wbitym w podłogę, pustym wzrokiem.

***

Siedzieliśmy przy naszym stoliku w jadalni, jedząc obiad. Stan i Lewis dyskutowali na temat Hindenburga, o którym dowiedzieli się na lekcji historii. Fascynowali się wynalazkiem Niemców, który był jedynym, na czasy Drugiej Wojny Światowej, sterowcem do przewozu ludzi między kontynentami. Nie mogli uwierzyć, że podróż trwała aż trzy dni i już pierwsza próba zakończyła się klęską przez drobne niedopatrzenie konstruktorów. Później ich temat spadł na zastosowanie wodoru zamiast benzyny i o możliwych plusach i minusach tego przedsięwzięcia.
Beth w tym czasie siedziała cicha i milcząca nad talerzem zupy. Chciałam ja pocieszyć, ale sama byłam przybita i zamyślona, że nie wiedziałam jak się do tego zabrać. Tajemnice Akademii nie dawały mi spokoju, z jednej strony przerażały mnie, a z drugiej fascynowały. Wzięłam łyk zupy kalafiorowej. Była pyszna, ale żołądek miałam tak ściśnięty z nerwów, że nie mogłam nic przełknąć. Odłożyłam łyżkę i rozejrzałam się po jadalni. Dopiero teraz zauważyłam piękne obrazy wiszące na ścianach, przedstawiające szkołę oraz niesamowite, złote żyrandole wiszące nad naszymi głowami.
Stan wyrażał właśnie swoje zdanie na temat przydatności wodoru w transporcie, kiedy ten sam impuls, który kazał spojrzeć mi przez okno, powiedział, że mam odwrócić głowę w stronę Czarnych. Kiedy to uczyniłam moje serce wyskoczyło z piersi i leżało poobijane na podłodze – bynajmniej takie miałam wrażenie. Chris trzymał swoją rękę na dłoni brunetki z długimi, kręconymi włosami i ciemnymi jak smoła oczami. Śmiali się właśnie radośnie. Ich śmiech uderzył we mnie z podwójną siłą – brzęczał mi w uszach, napawając mnie smutkiem i rozgoryczeniem.
-Dlaczego musisz być taka wrażliwa? – fuknęłam na siebie w duchu. – Przecież nawet nie znasz tego chłopaka. Nic was nie łączy.
Jednak to nic nie pomogło, a jedynie pogorszyło sprawę. Ze łzami w oczach, prowadzona impulsem chwili, wstałam z krzesła i ruszyłam w stronę wyjścia. Czułam na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych, ale nie obchodziło mnie to. Nic już nie miało znaczenia. Wszystkie rozmowy i śmiechy ucichły, dało się jedyne dosłyszeć ciche szmery gdzieś po kątach. Mijając stolik Chrisa, nawet na niego nie spojrzałam. Czułam jedynie jego wzrok na swoich plecach, tak inny od reszty. Pete i drugi chłopak, którzy stali przy drzwiach ze zdziwieniem otworzyli je przede mną. Kiedy minęłam próg, zaczęłam biec ile sił w nogach w stronę schodów. Łzy strumieniami spływały mi po policzkach, a myśli kłębiły się w głowie. Wpadłam do pokoju, zatrzaskując drzwi za sobą. Pragnąc odgrodzić się od reszty świata, naciągnęłam kołdrę po sam czubek nosa. Tak bardzo brakowało mi domu. Mamy. Taty.
-Dlaczego ja? – pytałam samą siebie ze łzami spływającymi po policzkach.

***

Gwałtownie otworzyłam oczy. W pokoju panowały egipskie ciemności. Jedynie strumień białego światła księżyca wpadał przez okno wprost na moje łóżko. Po drugiej stronie pomieszczenia słyszałam ciche chrapanie Beth. Sprawdziłam godzinę – była dokładnie 23:59. Ziewnęłam. Już miałam kłaść się z powrotem, kiedy usłyszałam przeraźliwy krzyk. Z przerażeniem spojrzałam w kierunku okna. Z bijącym sercem rozejrzałam się po pokoju. Nic. Przyciskając poduszkę do klatki piersiowej, powoli ruszyłam w stronę źródła hałasu. Teraz dało się dosłyszeć podniesione, ludzkie głosy. Lekko się wychyliłam i wtedy ich zobaczyłam. Czarnych. Stali oblani światłem księżyca, a ich tatuaże przybrały dziwny, złotawy odcień. Rozmawiali ze sobą, żywo przy tym gestykulując. Wpatrywałam się w nich zdziwionym spojrzeniem. Niespodziewanie jeden z nich zniknął. Tak po prostu. Rozpłynął się w powietrzu.
-Co tu się wyprawia?- szepnęłam przerażona, nie wiedząc nawet do kogo, z poduszką przyciśniętą do twarzy.

***

Wszelkie prawa zastrzeżone.

By Weronika Stachowiak

Wszystkie rozdziały: tutaj

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s